|
PARTYZANCI Z NSZ
W czasie drugiej wojny światowej Drogowle były
ulubioną bazą dla wielu oddziałów partyzanckich. Szczególnie w
pamięci mieszkańców zapisał się pobyt oddziału partyzanckiego
Narodowych Sił Zbrojnych. Relacje na ten temat zamieszcza Zenon
Markiewicz w książce MORTUI VIVENTES OBLIGANT – ZMARLI
ZOBOWIĄZUJĄ ŻYJĄCYCH wydanej przez Staszowskie Towarzystwo
Kulturalne w 2000 roku. Książka jest monografią oddziału
partyzanckiego NSZ por. Stanisława Augusta Grabdy ps.
„Bem”.
***
„Oddział NSZ ppor. Stanisława
Grabdy wracał do Drogowli.
Był Wielki
Piątek - 23 marca 1944r. - przed świętami Wielkanocnymi. Kiedy
przechodzili przez Raków, mieszkańcy' tego miasteczka bardzo serdecznie
ich witali, śpiewali "Jeszcze Polska nie zginęła",
kobiety wynosiły chleb, pisanki, ryby, a nawet kiełbasę. Kilku żołnierzy
dostało kwiaty
W
Drogowlach była już przygotowana gorąca kolacja dzięki przedsiębiorczości dowódcy.
W międzyczasie bosm. podch. Stefan Piech rozkwaterował ludzi.Po
gorącym posiłku dowódca oddziału wezwał do siebie grupę
pierzchnicką i oznajmił im, że mogą iść na święta do domu i
to nawet z bronią. Wybrańcy z przepustką świąteczną, mimo nocy
i dokuczliwej śnieżycy ruszyli w drogę...
 
(Na
zdjęciu ranny partyzant zakwaterowany w domu Poniewierków i mieszkająca
po sąsiedzku w domu Wójcików młoda nauczycielka uczestnicząca w
Tajnym Nauczaniu - patrz: artykuł niżej)
*
Kiedy 15 czerwca 1944 roku
został utworzony 204 pułk Ziemi Kieleckiej, oddział por. Stanisława
Grabdy wszedł w jego skład jako kompania.
Nowo
powołany pułk. zgodnie z rozkazem komendanta OW
V, wyruszył l-go lipca 1944 r. wieczorem na nowe miejsce postoju.
Wczesnym rankiem 2-go lipca, po uciążliwej nocy pułk dotarł do
Wrzachowa, gdzie zarządzono odpoczynek do godzin popołudniowych.
Wczesnym wieczorem pułk przechodził przez Raków.
Mieszkańcy miasteczka witali przechodzące wojsko z wręcz entuzjastyczną
radością, objawiającą się mnóstwem serdecznych gestów.
Nie obyło się jednak bez incydentalnych zgrzytów, wynikających
z ograniczenia dawnej partyzanckiej swobody, które trzeba
było załagodzić.
Późnym
wieczorem pułk dotarł do Drogowli, jako nowego miejsca
postoju. Wyznaczenie tego miejsca postoju było gruntownie przemyślane.
Bezwzględnym argumentem za był fakt, że leżało ono w
lasach,
daleko od
uczęszczanych dróg, a
stawy zapewniały
minimum wyżywienia
i możliwość
utrzymania higieny,
głównie osobistej,
żołnierzy. Okoliczna ludność bowiem pędziła przy tych stawach
bimber, a konieczność wymuszała pozyskanie kotłów do gotowania zawszonej przecież
bielizny i
odzieży żołnierskiej.
Rekwirowano te kotły
przejściowo, dla tak prozaicznych celów.
Dodać należy także, że wzrosła
rola por. Stanisława Grabdy. jako
że rozpracował wcześniej logistycznie teren i posiadał potrzebne
informacje
oraz sieć tak potrzebnych skrzynek kontaktowych. Szerzej ujmując
wspomnę o ogromnym wysiłku, jaki włożył w ustalenie ilości, długości
i jakości dróg oraz baz kwatermistrzowskich w terenie, po którym
poruszał się pułk. Poznał przy tym osobiście komendantów
batalionów, rejonów; gmin i większych placówek. Przy okazji
tych spotkań, zbierał różne informacje, nawet o innych organizacjach,
szczególnie PPR i AL. Był więc operatywnie przydatnym w tym terenie. Wspomniane skrzynki kontaktowe zorganizowane
zostały na plebaniach, w szkołach i w sklepach. Okazały
się bardzo przydatne, a same miejsca nie wzbudzały podejrzeń.
Wracając do sytuacji na Drogowli stwierdzić należy, że
pierwsza dekada lipca 1944r. minęła
w kompanii w miarę
spokojnie. Odbywały się rutynowe ćwiczenia i zajęcia
wojskowe.
Na początku drugiej
dekady przybył do pułku kpt. Telesfor Piechocki - ps.
„Gustaw”. Zbliżało
się święto pułkowe. Gość
zapowiedział przybycie gości nawet z Warszawy. W
związku z tym zwrócono
szczególną uwagę na porządki w otoczeniu.Wojsko
przystąpiło do uporządkowania swoich mundurów
i
szczególnego wyczyszczenia broni. Wzrosło ogólne podniecenie.
Żołnierze
wyczuli, że wydarzy się
coś, co wykroczy poza typowy regulamin świąteczny.
W przeddzień święta w 204 pp. Ziemi
Kieleckiej od samego
rana panowała jakaś dziwna gorączka. Z oddali usłyszeli tętent
koni, a wsunięte placówki nic nie sygnalizowały. Oficerowie
wylegli na plac alarmowy. Ustawili się wg szarży. Po chwili ukazał
się konny patrol pułkowy pod dowództwem rotm. Jerzego Łozińskiego
- ps. .Lubicz". który ubezpieczał - jak się okazało - powóz
p.o. komendanta Komendy Głównej NSZ, płk. Stanisława
Nakoniecznikoffa-Klukowskiego - ps. „Kmicic".
Po gorącym powitaniu dostojnego gościa w obecności mieszkańców, którzy byli ciekawi
przybysza, rozpoczął się „zwykły" dzień pracy
- oczywiście dla pułkownika. Nie tracąc czasu od razu poszedł do
żołnierzy. Zobaczył ich pracę, zwiedzał kwatery, rozmawiał z
mieszkańcami, interesował się uzbrojeniem, umundurowaniem,
nastrojami żołnierzy, ich rodzinami i warunkami życia. Wspólnie
z nimi, na opóźnionym apelu wieczornym
odmówił modlitwę i wojsko udało się na spoczynek.
Następny dzień - 14 lipca 1944
r. - święto pułkowe. Dla żołnierzy
to nowość. Rano
toaleta szczególna
pod nadzorem
dowódców. Śniadanie wspólne
szarży oficerskiej, podoficerskiej z żołnierzami.
O godz. 8.30 przygotowanie do uroczystej Mszy Świętej, która
zaczęła się pół godziny później w kościele w Drogowlach.
Okoliczna ludność przybyła gremialme.
Śpiewane pieśni nabożne podnosiły ducha narodowo-patriotycznego.
Chwilami uczestnicy płakali. Ksiądz
wygłosił kazanie, wlewając w każdą duszę otuchę i nadzieję.
Podczas
tej Mszy, po raz pierwszy odmówiona została modlitwa NSZ,
której słowa przytaczam:
„Panie
Boże Wszechmogący -
daj nam siłę wytrwania
w walce o Polskę, której poświęcamy
nasze życie.
Niech z krwi niewinnie przelanej
braci naszych, pomordowanych w lochach gestapo i czeki,
niech z łez naszych matek
i sióstr wyrzuconych z odwiecznych swych siedzib,
niech z mogił żołnierzy naszych,
-
poległych
na polach całego świata,
powstanie WIELKA POLSKA.
O Mario, Królowo Korony Polskiej błogosław naszej pracy
i
naszemu orężowi.
O spraw Miłościwa Pani - Patronko naszych rycerzy,
by wkrótce u stóp Jasnej Góry i Ostrej Bramy
zatrzepotały polskie sztandary
z Orłem Białym i Twym Wizerunkiem".
Modlitwę
tę od tej pory często odmawiano w kompaniach na zakończenie
apeli porannych i wieczornych. Mszę św. odprawiał najprawdopodobniej
ks. Franciszek Błaż ("Mróz"), późniejszy kapelan Brygady Świętokrzyskiej.
Jerzy Jaxa-Maderski pisze o nim w książce Na dwa fronty (str. 110): Odkąd komuniści wymordowali mu wiernych w czasie mszy św. (wikary we wsi
Hanaczowa), przypiął do pasa pistolet i maszerował jak inni.
Po
Mszy Świętej nastąpił wojskowy przegląd oddziałów dokonany
przez p.o. komendanta głównego NSZ, który odbył się na oczach
miejscowej ludności. Po przeglądzie płk. Stanisław Nakonkcznikoff-Klukowski,
przemówił do żołnierzy. Przywołał hasła dla żołnierzy
szczególne - zresztą chyba dla patriotów też – BOG, HONOR,
OJCZYZNA i na ich znaczeniu osadził swoje przemówienie.
Po zakończeniu części oficjalnej wojsko przystąpiło do
organizacji wspólnego
uroczystego obiadu.
W tym czasie odbyło się spotkanie naczelnego wodza z kadrą
podoficerską
pułku. Było ono szczególne. Pułkownik siedział w otoczeniu
słuchaczy, rozmawiał o sytuacji politycznej w kraju i świecie.
Na zakończenie pułkownik podkreślił rolę i znaczenie kadry podoficerskiej
w wojsku. Prosił zebranych o pomoc, wytrwałość i poświęcenie,
bez którego nie może być powodzenia. Po
spotkaniu obiad. W obiedzie brali również udział okoliczni
zaproszeni mieszkańcy. Zostali zresztą do wieczora, bawiąc się
znakomicie.
Podczas
tych dwóch dni pobytu w pułku komendant płk. Stanisław
Nakoniecznikoff-Klukowski położył nacisk na ruchliwość i
waleczność wojska, walczącego z silniejszym wrogiem. Podkreślał,
że wroga
me można się bać. Wroga należy szukać i zaskakiwać go, zmuszając
do walki.
15 lipca 1944 r. wojsko przygotowało się już do wymarszu z Drogowli.
W godzinach przedpołudniowych odbyła się odprawa oficerów,
na której omówiono plan działania pułku.
Urlopowany został
mjr Eugeniusz Kerner. Na dowódcę pułku wyznaczony został kpt.
Telesfor Piechocki. W godzinach wieczornych wojsko wyruszyło w
wyznaczoną drogę. Nad całą marszrutą czuwał znawca terenu,
por. Stanisław Grabda.
Całością dowodził płk. Stanisław Nakoniecznikoff -Klukowski.”
Pobyt w Drogowlach wspomina też inny żołnierz NSZ Czesław Mysior.
"Oddział stacjonował, odpoczywając parę dni w Drogowlach.
Dowódca oddziału zarządził terenowe ćwiczenia
wojskowo-taktyczne. W pewnej chwili, już pod koniec ćwiczeń, przy
drodze Raków-Drogowle padł rozkaz: "Rozwinąć tyralierę i
do ataku hurra!" Na to wiara z krzykiem"
"hurra!" na ustach wyskoczyła z zarośli na drogę i ze
zdumieniem zobaczyła na drodze, że w miejscu ataku stoi samochód
osobowy, a przy nim czterech Niemców z rękami do góry.
Po pierwszym osłupieniu rozbrojono żołnierzy niemieckich, w tym
dwóch oficerów, zabrano samochód i wrócono ze śpiewem do bazy.
Niemców po przesłuchaniu rozstrzelano. Samochód natomiast
przekazano Komendzie Okręgu w Kielcach."
Józef Sobiesiak ”Brygada
Grunwald”
Wydawnictwo Lubelskie
wyd. Lublin 1973
Wspomnienia
dowódcy „Brygady Grunwald” – jednostki
dywersyjnej sformowanej zgodnie z decyzją KC KP(b) Ukrainy z dnia
14 III 1944r. i przerzuconej z Kijowa przez linie frontu na
podstawie rozkazu nr 0023 Szefa Ukraińskiego Sztabu Ruchu
Partyzanckiego gen. Majora Strokacza „celem niesienia pomocy
nacierającym oddziałom Armii Czerwonej” (str. 9 książki).
24/25
czerwca 1944 roku w okolicy Korzenna wylądowała przetransportowana
„kukuruźnikami” z Kijowa pierwsza grupa zwiadowców.
Partyzanci NSZ stacjonujący min. w Drogowlach nieufnie
a nawet wrogo odnosili się do przybyszów. Narodowe Siły
Zbrojne wyznawały
teorię dwóch wrogów i podejmowały niejednokrotnie działania
zbrojne nie tylko przeciw Niemcom, ale także przeciw oddziałom
Armii Czerwonej. W książce, której autor nie zachowuje
obiektywizmu i pisze językiem charakterystycznym dla propagandy
komunistycznej, jest
przedstawiony opis incydentu, do którego doszło między oddziałami
NSZ i partyzantką radziecką. W Drogowlach zostało
zatrzymanych 5 żołnierzy Brygady Grunwald, którzy wracając do
swojego oddziału z akcji wysadzania niemieckich
pociągów w okolicy Ostrowca Św.
znaleźli się na obszarze działania NSZ.
str.188- 193
„Minął
termin, kiedy mieli wrócić. Potem jeszcze dwa dni, a chłopców w
obozie nie było. Przepadli jak kamień w wodę. Było to o tyle
dziwne, że wiedzieliśmy już o wysadzonych pociągach i przerwie
w ruchu na tej linii, a zatem chłopcy zadanie wypełnili. Niemcy
naprawiali linię i ruch pociągów na tym odcinku był zupełnie
wstrzymany. Musiało im się więc coś stać w powrotnej drodze.
Zwiadowcy nie przynosili jednak żadnych informacji o tym, by gdzieś
w tamtych okolicach Niemcy kogokolwiek z partyzantów schwytali. A
było rzeczą nie do pomyślenia, by taki fakt mógł ujść uwagi
ludzi.
Niepokoiłem
się
coraz bardziej tym zagadkowym zniknięciem
naszych dywersantów. Najgorsza była niepewność. Czaiła się za
plecami, oplatała wszystkie myśli jak ośmiornica. Co z nimi?
Gdzie się zawieruszyli i czy ich wpadka nie
ściągnie nieszczęścia na całą brygadę?...
Aż
pewnego dnia zjawił się w obozie jakiś nieznany człowiek.
Rozmawiał z chłopcami tak niby o niczym, ale jego chytrość i
przebiegłość obudziła czujność partyzantów. Zameldowano mi
o nim.
Wyszedłem
na polankę i zobaczyłem chudego, zarośniętego chłopa w
starym, zniszczonym kapeluszu i równie starym, zniszczonym
ubraniu. Skłonił się niezdarnie i. jakby przestraszony,
powiedział:
— Panie komendancie, zatrzymałem się u was tak po drodze...
idę do Daleszyc, do brata... i tego...
Patrzyłem
uważnie w jego siwe, szczere oczy błyszczące pod okapem bujnych,
zrudziałych od słońca brwi. Uśmiechnąłem się i ścisnąłem
jego twardą, jak wyciosaną z grabu, szorstką rękę.
—
Do brata, mówicie? — zapytałem. — A skąd jesteście?
— Spod Ostrowca, panie... majorze. Znaki na pagonach nosicie
jak przed wojną, prawda?
—
No chyba tak. Pewno służyliście w wojsku?
—
W Łucku, w dwudziestym czwartym pułku, ale jeszcze w
dwudziestym siódmym roku.
—
A w trzydziestym dziewiątym nie?
— Nie. Próbowałem, ale zabrakło karabinów, pokręciłem
się trochę i wróciłam do domu, Bo co byto robić.— No a teraz to nigdzie nie należycie?
— Jakby tu powiedzieć... niby nie... No bo dzieci, baba,
gospodarka, choć mała, ale trzeba jakoś żyć.
— A co słychać pod Ostrowcem?
Partyzantów tam macie?
— E, panie majorze, tego to ja nie wiem, może i są ale...
Tak od słowa do słowa badaliśmy się nawzajem. Wyczułem, że chłop
ma coś w zanadrzu, ale się jakoś ociąga.
— Czy słyszeliście, gospodarzu,
o wysadzonych kilka dni temu pociągach tam, w waszych stronach?
— zapytałem wreszcie.
— Coś tam ludzie gadali... Ponoć
Szwaby się wściekły, bo to i żelastwa się nałamało, i tory
zakorkowane, ale ja tego nie
widziałem.
— Szkoda — mruknąłem.
Chłop poskrobał się po czuprynie,
zsunął kapelusz na tył głowy i zapytał:
— Czy to nie wasza czasem robota?
— Nasza — odrzekłem.
—
A ludzie, panie majorze, są?
Chwyciłem
go za ramię i prawie wrzasnąłem:
— Mówcie już, do cholery, co z
chłopakami! Nie bójcie się.
Chłop
powoli, ostrożnie zaczął opowiadać. Dowiedziałem się więc, że nasi partyzanci
zostali schwytani przez
oddział NSZ majora ,,Kazimierza" i uprowadzeni do Drogowli.
I od razu
cały mój niepokój prysł jak bańka mydlana. Żadna ośmiornica,
żadne tajemnicze, niewidzialne siły, wszystko stało się jasne i
zrozumiałe. Że też sam na to nie wpadłem! Za wcześnie przestałem
się liczyć z tą wrogą silą, tkwiącą w naszym sąsiedztwie
jak drzazga w żywym ciele. Nie chciałem wierzyć, że po upadku
ich pierwszego planu krwawego rozprawienia się z nami będą jeszcze
chcieli szukać zaczepki. Czekajcie, bandyci, myślałem, teraz my
się z wami rozprawimy!
Wieczorem, bezpośrednio
po wizycie owego uczciwego, odważnego chłopa, zjawił się w
obozie kapral Winiarczyk 1 doniósł mi, że nasi chłopcy są
wprawdzie nieco poturbowani,
ale żyją — są więzieni w jednej
z piwnic we wsi Drogowle.
Starałem
się opanować wściekłość, aby podjąć jak najrozsądniejszą
decyzję. Muszą nam zwrócić naszych ludzi, postanowiłem, a jeśli odmówią, to... Wolałem o tym nie myśleć.
Wprawdzie załatwilibyśmy ich bez większego trudu, zwłaszcza
teraz, kiedy wraz z oddziałem Maślanki moglibyśmy wysłać do
akcji pięciuset ludzi (przeciwko stu pięćdziesięciu —
dwustu eneszetowcom), ale tyle by krwi popłynęło, tak byśmy tym
ucieszyli Niemców, że można było
o tym myśleć tylko jako o ostateczności.
W
sztabie nie wszyscy podzielali mój punkt widzenia. Niektórzy
wprost rwali się do tego, aby rozprawić się wreszcie raz
na zawsze z tym podstępnym wrogiem, zdusić to faszystowskie
gniazdo. Udało mi się jednak opanować odwetowe nastroje moich
towarzyszy i w końcu opracowaliśmy następujący plan operacji:
-
wszystkie oddziały, w tym Maślanki i „Dziekana", zajmą
pozycje wyjściowe wokół wsi;
-
moździerze zostaną wycelowane w grupę budynków, W
których mieścił się sztab „ Kazimierza"
-
miejsce postoju sztabu brygady na czas akcji wyznacza się
przy rozwidleniu dróg,
siedemset metrów w
kierunku północnym od wsi;
- do wszystkich oddziałów zostaną wysłani
oficerowie łącznikowi, których zadaniem będzie czuwać nad tym, aby we
właściwym czasie przekazać oddziałom rozkaz ostatecznej
akcji;
- ostateczna akcja polegałaby na koncentrycznym uderzeniu wszystkich
oddziałów w celu opanowania wsi, przy czym należało się liczyć z
tym, że eneszetowcy broniliby się i że trzeba by było ich zniszczyć;
- ostateczna akcja nastąpiłaby jedynie na wyraźny (rakietowy)
sygnał dowódcy brygady.
Uzgodniliśmy jeszcze wiele innych, bardziej szczegółowych elementów
operacji, przy czym zaapelowałem do moich towarzyszy, aby podczas ewentualnych walk brali
jak najwięcej jeńców i odsyłali ich do sztabu brygady. Kilkakrotnie
podkreślałem, że nie chodzi nam o zlikwidowanie ludzi z oddziału
„Kazimierza", lecz o zlikwidowanie oddziału
jako jednostki bojowej. Wreszcie zaleciłem zachowanie w
tajemnicy właściwego celu operacji, aż do ostatniej chwili, nawet wobec naszych ludzi
— oficjalnie przeprowadzamy wielkie ćwiczenia. Obawiałem się
(a miałem powody do takich obaw), że nasi chłopcy, zwłaszcza ci miejscowi, którzy niemało nacierpieli się z winy rodzimych
faszystów, nie potrafią utrzymać na wodzy swoich namiętności i na własną
rękę zechcą się rozprawić z eneszetem. W żadnym wypadku nie można
było do tego dopuścić...
Był
ciepły, słoneczny poranek, kiedy oddziały po wyznaczonych
marszrutach oskrzydliły wieś i zajęły pozycje wyjściowe. Manewr
został przeprowadzony zręcznie, dopiero w ostatniej chwili eneszetowcy
zorientowali się. że coś się święci. Byliśmy już na swoich
miejscach, przez lornetkę obserwowałem wieś i widziałem, że dopiero
teraz powstało tam jakieś zamieszanie.
Po
otrzymaniu meldunków o gotowości bojowej wszystkich naszych
jednostek wysłałem do wsi dwóch oficerów — porucznika
Szewczyka i porucznika Petelickiego. Mieli przekazać
dowódcy eneszetowskiego oddziału bardzo jednoznaczne ultimatum.
Ich pojawienie się na drodze wywołało we wsi ponowną falę popłochu.
Teraz już eneszetowcy nie
mogli mieć żadnych wątpliwości co do tego, kto ich otoczył,
a że sumienia mieli zapaćkane, musiał nimi wstrząsnąć
dreszczyk grozy. Nawet wartownik, który zatrzymał naszych wysłanników,
był jakiś zalękniony i nieswój.
Major
„Kazimierz"' w asyście kilku swoich oficerów zjawił się
prawie natychmiast. Był blady, ale usiłował zachowywać
się buńczucznie.
—
Panie majorze, żądamy natychmiastowego wydania nam naszych ludzi wraz z ich bronią
— oświadczył Szewczyk. — Żądanie to jest ultymatywne.
—
Wolnego, poruczniku — żachnął się „Kazimierz".
— A cóż to za dziwne sposoby meldowania się? Nie znacie innych?
—
Na inne nie ma czasu — odpowiedział Szewczyk. — Jeśli
natychmiast nie uwolnicie naszych ludzi, przystąpimy do akcji. Zdążył
się pan zorientować, że jesteście okrążeni. Wystarczy nam
kilkanaście minut, żeby was wygnieść jak muchy.
— Jak pan śmie! — krzyknął
„Kazimierz". — To skandal! To prowokacja! Nic
nie wiem o waszych
ludziach! Jak pan śmie mi grozić!
Powoli
w Szewczyka wstępował diabeł. Jako oficer polityczny najwięcej wysłuchiwał
skarg od chłopów, którzy nie mogli się pogodzić z bandycką działalnością
NSŻ. Wiedział zatem najlepiej, jakie to ziółko ma przed sobą. Widząc
bezczelne zachowanie się „Kazimierza", nie wytrzymał i
pochyliwszy się w jego stronę, zasyczał mu prosto w twarz:
— Gangsterzy jesteście, rozumiecie? Gangsterzy i faszyści. Jak
wszy was wytłuczemy. Rozumiecie? Jak wszy...
Oficerowie z asysty ,.Kazimierza" sięgnęli do kabur. Ale
wystarczył jeden ledwie widoczny znak szefa, aby opuścili
ręce.
— Poruczniku — głosem już całkowicie opanowanym zwrócił się .,Kazimierz" do
jednego ze swych oficerów. — Proszę sprawdzić, czy są u nas
jacyś ludzie z Brygady „Grunwald". Jeśli tak, natychmiast
ich zwolnić!
— Z bronią! — dorzucił Szewczyk.
— Z bronią — przytaknął „Kazimierz".
Oficer zgrzytnąwszy zębami oddalił się szybko, a
„Kazimierz" głosem drewnianym, beznamiętnym wyrecytował w stronę
Szewczyka:
— Nic nie wiedziałem o zatrzymaniu waszych ludzi. Zaraz się
wszystko wyjaśni. Nie mam nic przeciwko temu, abyście ich sobie
zabrali.
Twarz miał bladą, nieruchomą, jedynie zmrużone oczy wyrażały wściekłą,
bezradną nienawiść. To właśnie w tym momencie musiał zdać sobie
sprawę, jak bardzo odwróciły się role. Już nie mógł się czuć
panem na tym terenie, znalazł się tu ktoś silniejszy, z kim musiał
się liczyć. Można sobie wyobrazić, jak
bardzo żałował, jak nie mógł sobie darować, że jednak nie
rzucili się na nas bezpośrednio po naszym tu przybyciu, że nie odważyli
się zaatakować tej setki umęczonych,
zdezorientowanych spadochroniarzy, którzy prawdopodobnie
stawiliby wściekły opór, ale którzy musieliby ulec przeważającej
sile świetnie zorientowanych w tutejszym terenie eneszetowców, zwłaszcza
że mógł przecież liczyć na inne oddziały, operujące na terenie
województwa. A i Niemcy też chętnie by im pomogli.
A teraz? Teraz można tylko bezradnie zgrzytać zębami. prosić
Boga, by komuniści nie wpadli na pomyśl zrobienia ostatecznego porządku
z nimi... Och, jakie to było kuszące! Kiedy pięciu naszych dzielnych
chłopców ze śladami ciężkiego pobicia znalazło się wśród swoich
i kiedy wydałem rozkaz zwinięcia okrążenia, czułem, że działam wbrew woli większości. Już się byli dowiedzieli,
jaką to piękną okazję do załatwienia starych porachunków mają
przed sobą, a tu pada rozkaz, aby wilka w jego norze pozostawić w
spokoju. Czy to aby nie przesada?
Rozumiałem uczucia moich ludzi, sam przecież byłem pełen sprzeczności.
Musiałem jednak postępować zgodnie z poleceniami moich przełożonych
i własnym sumieniem, tym bardziej że zalecenia te miały ręce i nogi.
wypływały z głęboko przemyślanych i mądrych politycznie przesłanek.
A poza tym i tak odnieśliśmy duży sukces, nie tylko bowiem uratowaliśmy
naszych chłopców, ale tak postraszyliśmy eneszetowców, że później
nie odważyli się już na żadne wobec nas zaczepki ani prowokacje.
Mogliśmy sobie z czystym sumieniem powiedzieć, że na tym terenie
teraz my jesteśmy gospodarzami. Świadomość tego faktu miała dla nas
ogromne znaczenie, podwajała wprost nasze siły.” str.188-
193
Tajne
nauczanie
"Arianie"
1943 - Echo Dnia 25-26 marca 1972
Wtedy, w latach 1943 - 1944 był
dla nas profesorem Lipińskim, Ludwikiem Lipińskim. Niewielkiego
wzrostu, szczupły mężczyzna, o posiwiałych skroniach i ascetycznej
twarzy. Tajemnicza postać, która zjawiała się w umówionym miejscu
punktualnie o określonej godzinie, a po lekcjach uchodziła w nieznanym
kierunku. Każde spotkanie w profesorem dawało nam radość poznawania świata
i jego spraw. Wiedze chłonęliśmy jak ożywczą źródlana wodę.
Nikogo nie namawiano wtedy do nauki, garnęliśmy się do niej cała siłą
młodzieńczego zapału nie bacząc na grożące niebezpieczeństwa.
Po 25 latach spotkaliśmy sie z naszym
profesorem. Wspomnieniom nie było końca. Swym dawnym uczniom mieszkającym
obecnie w Kielcach przekazał odpisy świadectw i dyplomy. Po nazwisku
ucznia w tym drugim dokumencie następują słowa: - Spełnił(a) ideowy
obowiązek względem Polski w okresie terroru hitlerowskiego uczęszczając
do Gimnazjum Ogólnokształcącego tajnego nauczania z ukryta siedzibą
w Mosze. Otrzymuje niniejszy dyplom jako pamiątkę obywatelską".
I podpis" Grzegorz Navarra, Dyrektor i Wizytator Szkół,
Przewodniczący Państwowej Komisji Egzaminacyjnej.
Tak nazywał się naprawdę profesor
Lipiński. Niechaj garść wspomnień będzie hołdem na jaki zasłuzyli
bohaterscy nauczyciele. Do Rakowa (zapisanego w historii Polski z
racji działalności arian w XVI wieku) dotarł prof. G. Navarra
jesienią 1942 roku. Na locum wybrał młyn ob. Sienka w pobliskiej
Mosze. Bezzwłocznie przystąpił do organizowania tajnego
nauczania. Zgłaszali sie nauczyciele i wykładowcy ukrywający się
w okolicach Rakowa, Staszowa i Opatowa.
W Mosze, w mieszkaniu rodziny Strzeleckich
zamieszkał jeden z naszych profesorów, docent matematyki Witold
Wolibner wraz ze swoja matką profesorką języka francuskiego (doc.
Wolibner po wyzwoleniu został kierownikiem Katedry Mechaniki
Teoretycznej na Wydziale Matematyki, Fizyki i Chemii Uniwersytetu i
Politechniki we Wrocławiu, a od 1956 był kierownikiem grupy Mechaniki
Teoretycznej Instytutu Matematycznego PAN, autor wielu prac z teorii funkcji
analitycznych oraz hydromechaniki).
W zakresie szkoły podstawowej prowadzono naukę
języka polskiego, geografii i historii. Rozpoczęło prace gimnazjum i
liceum. Powstała nawet filia uniwersytecka. Tajne nauczanie obejmowało
rozległe tereny, podzielono je więc na rejony określane czterema
stronami świata z centrum w Rakowie i Mosze, gdzie w ziemi ukryta była
kancelaria szkół. W archiwum, które zachowało się niemal w całości
znajdują się dokumenty świadczące o ogromnym rozmachu organizacyjnym
i sprawności konspiracyjnej tajnego nauczania w tej części
okupowanego kraju. Na komplety uczęszczało ok. 700 chłopców i
dziewcząt, grono pedagogiczne liczyło 42 osoby. Ciało pedagogiczne
tworzyli docenci uniwersytetów, wykładowcy szkół średnich i szkół
powszechnych. Do najbardziej ofiarnych należeli: Józefa Wójcikówna -
kierowniczka szkoły w w Chańczy, Mandecki, Sajkiewicz, Piórkowski, Głodzik,
Kaczorowski, Denkowski, J. Wojciechowska, M. Kąkolówna, M. Gardiasz,
Łukasik, Wójcik - kierownik szkoły w Życinach.
Lekcje w zależności od pory roku odbywały
sie w lesie, w stodole, w mieszkaniach. Najczęściej spotykaliśmy się
w domach: ob. ob. Raków, Dulębów, Jóźwików, Lipców, Bochniaków,
Okulskich i Prosianowskich w Rakowie, Sienków i Strzeleckich w Mosze, Wójcików
i Poniewierków w Życinach, Kosałków, Ptaszyńskich i Koselów w
Potoku, Wójcików i Wojsów w Drogowlach. Dyrektor Navarra miał stałą
siedzibę od r. 1943 w mieszkaniu Wójcików w Drogowlach. Lekcje trwały
jeszcze podczas działań frontowych dla tych uczniów, którym udało
się utrzymać łączność z profesorem.
(Na fotografii poniżej:
ranny partyzant NSZ i nauczycielka przed domem Wójcików w Drogowlach,
w którym odbywały się lekcje Tajnego Nauczania.)
Do głównej komisji egzaminacyjnej należeli
poza prof. G. Navarrą, który był jej przewodniczącym: Stefan Kopczyński,
Jan Ościg, ks. dr Piotr Nowak, doc. St. Wołoszyński, doc. dr Witold
Wolibner, J. Mroszkowska, ks. M. Skowron. W dniach egzaminów czuwało
wojskowe podziemie. Świadectwa wydawano na blankietach państwowych.
Dostarczał je S. Kopczyński. Egzaminy pomaturalne i maturalne odbywały
się systemem obowiązującym w systemie międzywojennym. Abiturienci i
członkowie Państwowej Komisji Egzaminacyjnej spotykali się u ob. ob.
Sienków i Strzeleckich w Mosze,
w mieszkaniu Zaręby w Chańczy,
Siudowskiego w Rakowie i w siedzibie leśnictwa w Motkowicach. O sprawności
organizacyjnej tajnego nauczania świadczą konferencje robotnicze
pedagogów i zjazdy nauczycielskie. Jeden z nich odbył się 6 marca
1944 roku w siedzibie szkoły powszechnej w Chańczy.
W pamięci pozostały nazwiska tylko niektórych
kolegów i koleżanek widzianych, jak określił nasz progesor, z własnego
pojedynczego okienka. uczyliśmy się bowiem w kilkuosobowych grupach
nie wiedząc kto uczęszcza do klasy starszej, a kto do młodszej.
Naszymi szkolnymi kolegami w tamtych latach byli: Jadwiga i jej brat
Adolf Sienek (obecnie odpowiedzialny pracownik Kieleckiego Zjednoczenia
Budownictwa), Franek Witkowski (absolwent Politechniki Wrocławskiej
budował m in cukrownię w Chinach), Joanna Wójcik z Życin, Kazimiera,
Bolesław, Czesław i Ryszard Wójcikowie z Drogowli (Czesław jest z-cą
dyrektora Okręgowego Ośrodka Metodycznego przy Kuratorium w Lublinie,
a Ryszard dyrektorem LO im. J. Śniadeckiego w Kielcach). Uczniami w
tajnych kompletach byli: Aleksandra Siachówna, Mirosław Prosianowski,
Tadeusz Bochniak, Tadeusz Bernard, Antoni Suchojad, Michał i Jadwiga Włodarczyk,
Krystyna Kosińska, Mieczysław Baniak, Mieczysław Górski, Zenon
Lipiec, siostry Alina i Wanda Okulskie, Józefa Pitek (obecnie
nauczycielka języka polskiego w szkole średniej w Radomiu),
Jadwiga Jóźwik, Józef Grosicki, Mieczysław i Fryderyk Rejnowiczowie.
Większość z nich szybciutko weryfikowała świadectwa w kieleckim
kuratorium w roku 1945 i uczyła się dalej wdzięczna do dziś
nauczycielom z okresu tajnego nauczania za wskazanie drogi w
hitlerowskiej okupacji.
Alfreda
Poniewierka-Mróz
/materiały dotyczące
NSZ i TN przygotowane dzięki pomocy pochodzącego z Drogowli pana Ryszarda Wójcika/
___________________________________________________________________________
[
Strona główna ]
Opowiadania
I, II,
III, IV,
V
|