|
Katolicki
bastion
Drogowle przez wiele lat
należały do dóbr biskupów krakowskich. Tu znajdował się dwór,
który najpewniej stanowił siedzibę
administratora zarządzającego w ich imieniu folwarkiem
obejmującym posiadłości w kilku pobliskich
miejscowościach. I taki stan rzeczy trwałby jeszcze nie
wiadomo ile czasu, gdyby nie zakłóciły go wydarzenia związane
z reformacją, która w XVI wieku rozpowszechniała się po całej
Polsce.
Otóż
w 1567 roku w pobliżu Drogowli Jan Sienieński, kasztelan
żarnowski , postanowił stworzyć „spokojne, odosobnione
miejsce", jak sam to określił, gdzie mógłby się
rozwijać ruch ariański. Na podstawie specjalnego przywileju
uzyskanego od króla, założył miasto Raków - późniejsze
centrum arianizmu. Do nowego miasta zaczęli ściągać
rzemieślnicy, lekarze, aptekarze, mieszczanie i szlachta -
ludzie różnych wyznań. Poza tym przyjeżdżali ministrowie
ariańscy z Polski, Litwy, Siedmiogrodu, Francji, a nawet
Anglii.
Arianie
wyznawali dość charakterystyczne poglądy. Odrzucili dogmat o
Trójcy, przestali uznawać chrzest dzieci, zazwyczaj odmawiali
pełnienia służby wojskowej i częstokroć nie chcieli piastować
urzędów świeckich. Negowali też istnienie piekła jako miejsca
mąk. Nie zważając na zaciętą opozycję kalwińską i
katolicką, ministrowie ariańscy umiejętnie korzystali z
szerokiej tolerancji religijnej, zagwarantowanej przez
polskich królów: Zygmunta II Augusta i Stefana Batorego, i
głosili swe poglądy
W
celu rozpowszechniania poglądów ariańskich w roku 1602
powołano do istnienia Akademię Rakowską. Akademia w
Rakowie pełniła funkcję seminarium teologicznego. W programie
nauczania znalazły się również języki obce, etyka, ekonomia,
historia, prawo, logika, nauki przyrodnicze i matematyczne,
medycyna i ćwiczenia cielesne. Uczelnia rakowska dysponowała
zasobną biblioteką, która z pomocą miejscowej drukarni szybko
się powiększała. Na miejscu wydawano traktaty i większe
dzieła działaczy i pisarzy ariańskich.
Działalność
wydawnicza braci polskich sięgnęła wyżyn, odkąd około roku
1600 uruchomiono oficynę w Rakowie. Ta nowoczesna drukarnia
publikowała małe rozprawy, a także pokaźne książki, i to w
kilku językach. W ciągu 40 lat istnienia drukarnia wypuściła
spod swoich pras prawdopodobnie aż 200 obszernych publikacji.
Wysokiej jakości papieru na jej potrzeby dostarczała pobliska
papiernia, również należąca do braci polskich.
Corocznie
zjeżdżali na synody reformaci całej Europy. Akademia Rakowska
słynna była na całym Starym Kontynencie, a Raków nazywano
wtedy sarmackimi Atenami". Miasto rozrastało się -w 1607
roku powstał Nowy Rynek, browary i słodownie.
Z
końcem lat trzydziestych XVII w. sytuacja arian w Polsce
zaczęła się szybko pogarszać. Stało się tak wskutek coraz
śmielszych poczynań duchowieństwa katolickiego.
Aby
wesprzeć katolików na tym terenie i umozliwić im odbywanie
praktyk religijnych, jak najbliżej należącego do prywatnych
ariańskich właścicieli Rakowa, biskup krakowski Andrzej
Lipski ufundował na rubieżach swoich dóbr w folwarku Drogowle
kościół. Miał być najbardziej wysuniętym w stronę arian
katolickim bastionem. Po jego śmierci budowę dokończył
jego następca biskup Jakub Zadzik.
(na fot. herb
Korab bp Jakuba Zadzika umieszczony nad wejściem do kościoła
w Drogowlach)
Jak
Szwed z Arianinem
Nastały czasy "potopu"
szwedzkiego. Ziemie Rzeczypospolitej przemierzały wojska
Karola Gustawa łupiąc, rabując i wywożąc do Szwecji, co tylko
wartościowego spotykały na swojej drodze. Dotarły i do
folwarku w Drogowlach, ponoć nasłani przez nieprzyjaznych
arian rakowskich. Wkrótce jednak losy wojny miały
się odwrócić na korzyść Polaków.
W 1657 roku w pobliskim Rakowie polski oddział pod wodzą
samego Jana Chrystostoma Paska rozbił w pył oddział Kozaków,
towarzyszący sojusznikowi Szwedów księciu siedmiogrodzkiemu
Jerzemu Rakoczemu. Ponoć 400 trupów zaległo wtedy okolice
rakowskiego rynku. Arianie
rakowscy, żyjący na bakier z katolikami, sprzyjali
szwedzkiemu wojsku. Podczas "potopu" poparli
protestanta króla szwedzkiego Karola Gustawa. Spotkało się to
z reakcja ze strony tak szlachty polskiej, jak i samego
króla. 27 lipca 1656 r. pod
Warszawą król Jan Kazimierz złożył uroczysty ślub, że po
zwycięstwie w wojnie ze Szwedami wypędzi z kraju
arian, którzy "bluźnią
dziewicy Maryi nie uznając boskości Jej Syna".
Ślubu dotrzymał.
W konstytucji sejmu walnego ordynaryjnego z 1658 r
znajdujemy następujący tekst "Iż
ieśliby kto taki znalazł się, któryby sektę tę Aryańską
w Państwach naszych tak Koronnych, iako y W.X.L. et
provincijs eis annexis śmiał
y ważył się wyznawać, krzewić, abo opowiadać, abo onej
assertores
protegere et fovere,
a byłby o to legitime
convictus,
takowy każdy wyżej mianowanemu statutowi podlegać ma, y bez
wszelakiey odwłoki przez Starosty nasze, Urzędy ich, na
gardle ma bydź karany, sub
privatione Capitaneatus .
/.../ Chcąc iednak clementiam
nostram pokazać;
ieżeliby się który takowy znalazł, coby tey sekty swoiey
wyrzec się niechciał; takowemu na lat trzy do wyprzedania się
pozwalamy, salva
bonorum et personarum securitate, atque debitorum
repetitione..."
(za "Volumina
Legis",
t. IV, s.238). Arianie zostali wygnani z Polski, a ci co w
niej zdecydowali się w niej pozostać, musieli wyrzec się
swojej wiary. Katolickie Drogowle będące we władaniu
biskupów krakowskich straciły jednak na tym, gdyż proboszcz
urzędujący do tej pory przy kościele w. Andrzeja przeniósł
stąd parafię do Rakowa, do - postawionego na fundamentach
ariańskiego zbioru - Kościoła św. Trójcy.
Skarb
Od wielu lat
coniedzielna msza św. o godz. 10.00 gromadzi w kościele św.
Andrzeja całą wieś. Zanim przyjedzie z Rakowa ksiądz, ludzie
stoją gromadami na zewnątrz i przekazują sobie wiadomości z
całego tygodnia. Ze
trzydzieści lat temu żył jeszcze w Drogowlach Jan
Wójcik "Dziudźka". Nosił się po wojskowemu.
Przychodził regularnie do kościoła w wysokich butach
oficerkach, w zielonych bryczesach. Był, jakby to dziś
powiedzieć, społecznym kościelnym na Rudzie.
Przychodził przed mszą św. wcześniej, otwierał kościół,
przygotowywał do mszy św. ołtarz, asystował z ministrantami
przy ubieraniu księdza. Kiedy wszystko było gotowe, zapalał
świece i ciągnął za sznur uwiązanej wysoko w wieżyczce
sygnaturki, wzywając stojących do ostatniej chwili przed
kościołem ludzi, do wchodzenia do środka.
Potem asystował do mszy św., zbierał tacę, dozorował
ministrantów, którzy nierzadko figlowali ukryci z tyłu za
ołtarzem i plecami księdza.
Któregoś dnia, kiedy przyjazd księdza z Rakowa, z nieznanych
przyczyn, opóźniał się, opowiedział chłopakom historię o
skarbie ukrytym w okolicach kościoła św. Andrzeja.
Dawno temu, do folwarku w
Drogowlach dotarły wiadomości o zbliżających się wojskach
szwedzkich. Przywieźli je nocą,
razem ze skrzyniami pełnymi kosztowności, wysłannicy biskupa
krakowskiego. Zdecydował on tutaj, wśród lasów, w okolicach
zbudowanego niedawno przez siebie kościoła, ukryć przed
rabunkiem część swojego skarbca. Przybyli
goście zamknęli się na długą rozmowę z proboszczem na
plebani. Nie wolno było nikomu przeszkadzać. Kazali
odprawić do domów służbę. Po północy przy blasku niesionej
pochodni poszli we trzech na cmentarz, który wtedy znajdował
się obok przy kościele św. Andrzeja.
Następnego dnia miał odbyć się pogrzeb zmarłego wieśniaka.
Grabarz przygotował już na te okoliczność dół. Tam zatrzymali
się. Postawili przyniesioną skrzynię na ziemi. - Trzeba
ten grób pogłębić, żeby jutro podczas pogrzebu nikt niczego
nie zauważył. - powiedział proboszcz. Drugi z mężczyzn
z łopatą zeskoczył na dół. Ziemia była miękka. Dość szybko w
dnie dołu zrobił miejsce na przyniesioną skrzynię. Po
złożeniu przydźwiganej skrzyni w wykopany otwór, dół pozostał
takiej samej głębokości jak był przedtem. Starannie
przysypali dno piachem i rozglądając się na wszystkie strony
wrócili na do budynku plebani.
Jeszcze przed świtem tajemniczy wysłannicy wyruszyli z
powrotem w stronę Kielc. Nazajutrz odbył się pogrzeb
zmarłego wieśniaka. Nikt poza proboszczem nie zdawał sobie
sprawy, że trumnę złożono w wykopanym dole, na skarbie
krakowskiego biskupa. Podobno wysłannicy nie dotarli
z powrotem do siedziby biskupa. Wpadli w ręce siepaczy
księcia siedmiogrodzkiego Jerzego Rakoczego, którego wojska
grabiły ziemie świętokrzyskie. Wojny nie przeżył także
sędziwy proboszcz. Mówią,
że ten skarb nigdy nie został odnaleziony. Nie podzielił losu
innych kosztowności, które zostały wydłubane ze ścian i
podziemi świątyni przez różnej maści rabusiów. Ale to już
całkiem inna historia.
Publiczna
pokuta przed kościołem w Drogowlach
"Istniały
elementy obyczaju prawnego, które dały o sobie znać m.in. w
okresie kontrreformacji, gdy w Kielcach karano winnych
zaniedbań religijno-moralnych związanych z sytuacją
mieszkańców Rakowa i okolicznych miejscowości. Jeszcze przed
profanacją krzyża w Rakowie w 1638 r. doszło o wydarzenia, w
którym jeden z mieszkańców Zalesia
„...ukradłszy
opłatek prosty w szkole Szumskiej przewiózł go do Rakowa i
udając go za sakrament Żydowi go przedawał”.
W
wyroku z 29 maja 1637 r., bp J. Zadzik nakazał winnego
„jawnie w rynku bić”. Ponadto oskarżony miał
odsiedzieć w kunie przykościelnej w Kielcach, Szumsku i
Drogowli po dwa święta i niedziele z zawieszoną na
piersiach sentencją wyroku, oraz pościć o chlebie i wodzie
przez wszystkie piątki całego roku, po czym miał się udać do
oficjała w celu odbycia generalnej spowiedzi. W Kielcach kuna
(obręcz żelazna zakładana na szyję, na łańcuchu lub powrozie
na ścianie ratusza lub kościoła, na palu, lub pręgierzu)
była zamontowana przy kościele kolegiackim. Możemy
przypuszczać, że być może już średniowieczu zanim wybudowano
ratusz, istniał w Kielcach ten zwyczaj karania przestępcy."
Źródło:
"Z dziejów obyczajowości miejskiej w XVII-XIX wieku"
- W dawnych Kielcach
dr Jan Główka
A
dzwon pozostał...
W niewielkiej wieżyczce,
górującej nad wysokim dachem kościoła znajduje się stary,
zabytkowy niewielki dzwon, a właściwie sygnaturka. Podczas
wojny światowej Niemcy rabowali kościelne dzwony przetapiając
je na potrzeby swojej armii.
Do sołtysa drogowelskiego przyjechali żandarmi z rozkazem
rekwizycji dzwonu. Stary człowiek aż zmartwiał na
takie świętokradztwo. Musiał jednak ulec przymuszony,
w wojennym czasie życie ludzkie było bardzo tanie. Za
mniejsze nieposłuszeństwo niejednego spotkała już śmierć.
Podjechali wozem pod kościół.
Popychany chłopina wszedł razem z jednym z żandarmów po
chybocącej się drabinie na dach kościoła. W górze wisiał
dzwon św. Andrzeja. Tęgi żandarm nadrabiał miną.
Pokrzykiwał na wieśniaka, ale sam był bardzo niespokojny. I
to nie tylko z powodu kruchych starych belek i zmurszałych
desek, po których musiał stąpać. I on znał miejscowe
podania o tajemniczej mocy opiekującej się tym stojącym na
uboczu pod lasem kościołem. Kiedy
wreszcie wdrapał się do wieżyczki i dotknął niedużego dzwonu,
poczuł, straszny ucisk w piersiach. Czuł, że traci
przytomność. Jak przez mgłę widział czyjeś ręce trzymające za
dzwon. Puścił się belki i poleciał na łeb kilka metrów w dół.
Stamtąd, zakrwawionego znieśli na dół chłopi.
Nie pomogły żadne namowy i groźby. Za nic nie chcieli wrócić
na dach kościoła. Żandarmi wrócili z powrotem do Rakowa bojąc
się wyjawić powodu takiego końca ekspedycji. W raporcie
napisali, ze mały drogowelski dzwon nie przedstawia wartości
dla potrzeb armii niemieckiej. I
tak ta stara sygnaturka przetrwała trudne czasy i do
dziś wzywa na cotygodniową mszę św. kolejne pokolenia
drogowlan.
Duchy w Kałdonie
Drogowelski kościół na Rudzie znajduje się pod lasem przy
drodze z Drogowli do Rakowa. Jakieś 400 metrów dalej droga
opada w dół. Ludzie nazywają to miejsce Kałdon, przypisując
mu niezwykłe zdarzenia. W Kałdonie po obu stronach drogi
rośnie las. Idący pieszo wchodzi znienacka w prąd zimnego
powietrza, ciągnący najpewniej dolinką od pobliskiej rzeki.
Rzadko kto jednak w ten sposób tak to tłumaczy. Wyobraźnia
przywołuje częściej wszystkie straszne wydarzenia, które
zdarzyły się w tym miejscu. Choćby podczas ostatniej
wojny. W Kałdonie, w
styczniu 1945 roku Rosjanie przełamali front, który zatrzymał
się tu na kilka miesięcy. Krzyk idącego do ataku żołnierstwa,
jęki przebijanych bagnetami i inne wojenne odgłosy, słyszeli
z odległości kilku kilometrów przesiedleni dalej mieszkańcy.
Jeszcze długo po przejściu frontu leżały tam na zamarzniętej
ziemi sterty trupów, do których bano się zbliżać z powodu
wszędzie obecnych min.
Przez długi czas, już po zakończeniu działań wojennych, z
lasów w pobliżu Kałdonu i kościoła słyszano niemieckie
szwargotanie, nawoływanie się straży. Co niektórzy
przysięgali, ze widzieli też nocą ciemne postacie wartowników
chodzących wzdłuż tego odcinka drogi. Mówiono, ze odbywają tu
pokutę za to, że dali się wtedy Rosjanom zaskoczyć.
Straszy
i ... bije
Późną nocą drogą od Rakowa
wracał z polowania ze strzelbą na ramieniu brat mojego
pradziadka - Michał. Szedł ostrożnie, żeby nie wpaść w jakąś
zasadzkę. Jak wielu wtedy, kłusował na zwierzynę, żyjącą w
okolicznych lasach. Gajowy, mieszkający w lesie na odludziu,
po drugiej stronie Czarnej, wolał o tym nie wiedzieć, bojąc
się zemsty lokalnych watażków. A ci zresztą odwdzięczali mu
się za to, stawiając często gorzałkę.
Kiedy doszedł do Kałdonu, usłyszał na drodze hałas i w
świetle księżyca dostrzegł jadący drogą do Drogowli drewniany
wóz. Po koniach poznał, że to jeden z drogowelskich
gospodarzy. Leżał pijaniuteńki na pomoście, a konie kierowały
się same, znając dobrze drogę do domu.
Michał, podniósł z ziemi gałąź i kiedy wóz zbliżył się do
niego ze wszystkich sił - grzmotnął nią pijaka po
grzbiecie. Potem szybko schował się za drzewo. Pijak
podskoczył na nogi, rozejrzał się na wszystkie strony. W
ciemności nikogo nie dostrzegł. Chwycił za lejce i galopem
szybko odjechał w stronę wsi.
Przejęty zdarzeniem uznał to za przestrogę i rozgłaszał po
całej wsi, że w Kałdonie nie tylko straszy, ale i ... bije.
Z
chrześniakiem na lisa
Ten sam Michał uchodził we
wsi, bodaj za najlepszego myśliwego. Nikt nie ustrzelił nigdy
tyle co on leśnej zwierzyny. A proceder był
niebezpieczny. Wystarczył donos do granatowej policji, żeby
sprawy nabrały tragicznego obrotu. Nikt z sąsiadów nigdy
jednak tego nie zrobił. Nie tylko ze strachu przed
zemstą. Mimo swojej rogatej duszy, był Michał lubiany we wsi,
miał szczere serce, dzielił się serdecznie i beztrosko
upolowanym mięsem. Wieczorami przesiadywał na kartach u
sąsiadów doprowadzając do pasji żonę, która musiała
myśleć o wszystkich sprawach związanych z domem i
gospodarstwem. W
domu obok mieszkał bratanek Michała Staszek. Chłopak patrzył
w stryja jak w obrazek. Z otwartymi ustami słuchał jego
opowiadań o polowaniach. Od pewnego czasu nie dawał mu
spokoju. - Stryjku, zabierz mnie ze sobą na
polowanie, chociaż jeden, jedyny raz! - prosił. Michał z
nikim na polowania nie chodził, ale chłopak tak mu się
naprzykrzał, że w końcu uległ. - Dobra, chodź
chrześniaku! Zgodził się niechętnie. - Poszukamy lisa, bo
mówią, że ten chytrus kręci się po łące. Musi mieć w pobliżu
jamę. Przeszli na
druga stronę rzeki i poszli do długiego ciągnącego się przez
kilka kilometrów wąwozu, wyżłobionego przez płynącą jego
dnem, od Gór Świetokrzyskich, niewielką rzeczkę Sosnówkę.
Piaszczyste ściany wąwozu odsłaniały dziesiątki korzeni
stojących na zboczu drzew. Pod jednym z nich Michał zatrzymał
się. - Ot, choliera, patrz Stasiu, tu jest jama! - I
rzeczywiście pod korzeniami widać było duży otwór. Michał
długo oglądał ślady wokół nory. Potem odwrócił się z
szelmowską miną. - Nie wzięliśmy ze sobą psa. Ten by lisa
od razu wyczuł, czy tu jest, czy łazi gdzieś po lesie.
Stasiu, ty jesteś młody chłopak i pewnie węch masz bardzo
dobry. Schyl no się do nory i powąchaj, czy czuć tu
lisem. Chłopak nie wyczuł podstępu w głosie stryja. Kiedy
tylko ukląkł i zbliżył się do ciemnego otworu, Michał
go pochwycił za grzbiet i wepchnął do środka jamy. Staszek
próbował się wyrywać, rzucał się jak piskorz, nic nie
pomagało. Wreszcie upłakany znieruchomiał, drżąc z
przerażenia, że lis może mu odgryźć głowę. Dopiero wtedy
Michał wyciągnął go z powrotem.
Staszek nie mógł słuchać spokojnie śmiechu zadowolonego z
dowcipu stryja. Pędem ruszył z powrotem do domu. Do niczego
się ojcu nie przyznał, tylko niektórych dziwiło to, że odtąd
nigdy więcej nie zawracał Michałowi głowy, żeby chodzić z nim
na polowanie.
Zły
Duch w Sosnówce
Mój praprapradziadek Józef
był gajowym. Pilnował drogowelskiego lasu. Podległy mu leśny
teren był bardzo rozległy, toteż objeżdżał go zwykle konno. W
czerwcową upalną niedzielę, kiedy wracał z obchodu,
postanowił zatrzymać się na popas na małej łączce w
wąwozie, obok płynącej tędy rzeczki Sosnówki. Klacz napiła
się wody i zaczęła skubać świeżutką trawę rosnącą przy samej
wodzie. W pewnej chwili podniosła głowę do góry i
niespokojnie zarżała. Józef
odwrócił się za nią i spostrzegł, że od strony leśnej drogi
idzie ku niemu nieznajomy człowiek. Zadziwił go niezwykły
strój przybysza. Byli bowiem w środku lasu, zdala od wsi, a
ten ubrany był w czarny elegancki frak, modny cylinder i
błyszczące z daleka lakierki. Śmiało przywitał się z
Józefem i po krótkiej rozmowie, zaproponował, żeby zapalić
tytoń. Józef sięgnął do torby po tytoń i bibułkę. Przybysz
jednak powstrzymał go. Zaproponował swój. Z eleganckiego
pudełeczka wyciągnął cygara. Poczęstował Józefa. Zapalili.
Kiedy jednak Józef zaciągnął się dymem zakrzyknął:. - Na
Boga! Przedziwny jest smak tych pańskich cygar! - Nieznajomy
dziwnie żachnął się na te słowa. Józef uważnie przyjrzał mu
się z bliska. Ze zdumieniem dostrzegł, że w nosie ma tylko
jedną dziurkę. Za chwilę z przerażeniem zauważył, że spod
wysokiego cylindra na głowie wystają kozie rogi, a z
eleganckich lakierków - kopyta. Z trzymanego w ręku cygara
wysypywały się, zamiast tytoniu, zasuszone końskie łajna. -
Wszelki duch Pana Boga chwali! - Przeżegnał krzyżem Pańskim
nieznajomego. Ten zatrząsł się ze złości i zatupał
nogami. W tej samej
chwili na leśną łączkę wypadł ogromny wir powietrza, który
rzucił Józefem o ziemię. Józef pochwycił rękami szkaplerz i
zaczął głośno wyzwać boskiej pomoc. W lesie rozszalała się
burza. Wicher szarpał drzewami, łamał gałęzie, błyskawice
przeszywały powietrze. Józef wtulony w ziemię myślał już, że
nie ma dla niego ratunku. Wkrótce jednak burza uspokoiła się.
Na polanie znowu pojaśniało. Nie było tylko klaczy, która
przerażona pognała sama do domu. Po powrocie Józef poszedł
do księdza do spowiedzi, a tego samego roku, za jego radą,
udał się na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy prosząc
Najświętszą Panienkę o ratunek dla swojej
duszy.
Śmierć
pastuszka
 Podczas
pierwszej z wojen światowych docierały w okolice Drogowli
nieraz wojska walczących stron. Ścierały się tu blisko wojska
cara rosyjskiego z atakującą armią austriackią.
Starzy mieszkańcy Drogowli opowiadaja tragedię, która
wydarzyła się w tamtych czasach. Miała ona miejsce ponoć na
południe od wsi, pod Życinami.
Młody pastuszek pasł tam bydło na szerokich błoniach
graniczących z lasem. Na drodze prowadzącej od wsi pojawił
się nagle oddział kozackiej konnicy. Przemknęli galopem
obok chłopaka, który się nie mógł nadziwić i koniom i
wojskowemu ekwipunkowi. Spieszyli się okrutnie,
spienione rumaki w biegu rwały kopytami kamienie z
piaszczystego gościńca. Minęli skrzyżowanie, tam skręcili na
północ i po pewnym czasie zniknęli w rozległym sosnowym
lesie. Ledwie opadł
tuman kurzu za nimi, kiedy zza wiejskich chałup wyjechali na
drogę następni jeźdźcy. Był to znacznie liczniejszy oddział.
Chłopak po mundurach rozpoznał w nich Austriaków. Zatrzymali
się przed skrzyżowaniem. Jeden żołnierzy odbił od
oddziału i podjechał do pastucha. Pytał, którą drogą uciekali
Kozacy. Chłopak bez wahania pokazał ręką w kierunku lasu. Ten
gest go zgubił. Zauważyli go z lasu przez lornetkę
Kozacy. Austriacy nie
odnaleźli w lesie małego kozackiego oddziału. Kozacy
klucząc po leśnych traktach zostawili daleko za sobą tropiący
ich pościg. Po kilku godzinach
znowu pojawili się na wiejskim gościńcu. Mszcząc się na
pastuszku, za wskazanie wrogowi drogi ich ucieczki, rozerwali
go końmi. Na pamiątkę tego zdarzenia długo w tym
miejscu stał zatknięty mały krzyż. Czy jest tam jeszcze dziś,
nie wiem.
Nie przeżyli
wyzwolenia
Kiedy
mój ojciec był małym chłopcem, pojechał pewnego dnia z moim
dziadkiem polną drogą z Drogowli w kierunku Głuchowa. W
jednej z miejscowości dziadek pokazywał mu ślady po spalonym
kilkadziesiąt lat wcześniej domostwie. Z miejscem tym
związana jest tragiczna historia z czasów ostatniej
wojny. W styczniu 1945 roku,
Armia Radziecka, podczas wielkiej ofensywy, przełamała
pobliski front. Niemcy wycofywali się w popłochu, porzucając
sprzęt wojskowy. Wiedzieli, że nie mogą liczyć na łaskę
zwycięzców. Nie wszystkim jednak udało się uciec. Niektóre
okrążone grupy szukały ratunku chroniąc się w pobliskich
lasach i zagrodach. W
domu położonym na krańcu miejscowości, razem z gospodarzami,
mieszkali przesiedleńcy, którzy wcześniej musieli opuścić
swoje gospodarstwa położone w pasie frontowym. Od
kilkudziesięciu godzin słychać było wokół przerażający ryk
katiuszy, huk rozrywających się pocisków, terkot
karabinów maszynowych. Kiedy wystrzały ucichły, ludzie na
powrót wrócili do domu z wykopanej na podwórku ziemianki,
gdzie przeczekali najgorsze godziny.
Siedząc w domu rozmawiali już o końcu wojny i o powrocie do
swoich opuszczonych zagród, gdy nagle drzwi wejściowe
otworzyły się z hukiem i do środka wpadło trzech uzbrojonych
żołnierzy niemieckich. Przez chwile stali tak z wycelowanymi
w domowników automatami. Zza domu słychać było warkot
nadjeżdżających czołgów i krzyki rosyjskich sołdatów. Niemcy
sterroryzowali domowników odbezpieczonymi granatami, które
trzymali w rękach i ukryli się w zakamarkach domu; jeden
wszedł pod łóżko, dwóch innych stanęło za szafą pod
szmatami. "Germanców
nie ma?" - zapytali
od progu sowieccy sołdaci rozglądając się podejrzliwie po
wszystkich kątach. Ludzie bali się poruszyć. Przerażeni
pamiętali o granatach, które odbezpieczone trzymali w rękach
ukryci Niemcy. "Nie
ma..., skąd... poszli sobie..."
wykrztusiła cicho gospodyni. Na podwórku rozległy się strzały
i Rosjanie wybiegli wszyscy z domu.
Kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi, Niemcy wyskoczyli z
ukrycia i stanęli przy oknach. Obrzucili granatami przez okno
biegnących przez podwórko sołdatów. Rozpoczęła się
strzelanina. Rosjanie otoczyli dom. Nie mogąc zmusić do
poddania się Niemców, podpalili budynek.
W płomieniach zginęli wszyscy. Gospodarze, przesiedleńcy i
niemieccy żołnierze. Podobno jakiemuś dziecku udało się
wybiec z objętego płomieniami domu. Po odejściu Rosjan
sąsiedzi. znaleźli je martwe na podwórku.
|